Polski Samuraj

Odtwórstwo historyczne – pasja, w której wcielamy się w kogoś z dawnych epok. Ludzie zajmujący się tym zakładają stroje, jakie kiedyś noszono, żyją w obozach, używając dawnego wyposażenia, uczą się walki dawną bronią (zarówno białą, jak włócznie, miecze czy szable, strzelecką, jak łuki czy palną, jak muszkiety i armaty). Często też na turniejach lub pokazach opowiadają o tym, jak wyglądało życie kiedyś, prezentują dawne tańce i obyczaje.

Rozmawiam z Łukaszem Stecko, jednym z dowódców Trzeciego Najemnego Oddziału Piechoty Japońskiej:

fot. Mariusz Skomra

Witam Panie Łukaszu.

Dzień dobry.

Panie Łukaszu, samuraje, czy też japońskie wojsko w Polsce. Skąd w ogóle taki pomysł?

Właściwie pomysł narodził się stąd, że są w Rzeszowie bractwa rekonstruujące wiek XV w Europie, czyli popularna rekonstrukcja w Polsce, jest bractwo rekonstruujące wikingów, jest bractwo o tematyce Słowian, no to czemu by nie samurajów? Czyli w dużym skrócie – na zasadzie czemu by nie?

A czy są poza wami samurajowie u nas w Polsce?

Teraz jest coraz więcej, właściwie nie wiem, z czego to wynika, ale rośnie ta popularność. W ogóle Rzeszów był swego czasu takim ewenementem na skalę Polski, bo istniały tu dwa takie bractwa. Z tym że jedno było zbrojne a drugie tylko strojne. Pamiętam z dawnych czasów, był taki pojedynczy samuraj, Przemek, który odtwarzał łucznika z okresu XIII wieku. Potem powstało bractwo, taka grupa pokazowa – Katana  Tarnobrzeg i to się tak pomału rozwijało. Ale widać, że jest pewne zapotrzebowanie – ludzie lubią tę kulturę, chcą ją odtwarzać. Teraz też mój kolega, który zajmuje się wytwarzaniem zbroi, stworzył projekt Sekigahara, który zrzesza ludzi chcących rekonstruować dawną Japonię i zachęca do odtwarzania konkretnych klanów, które wzięły udział w bitwie pod Sekigaharą. Dodam, że ta bitwa z 1600 roku jest takim japońskim odpowiednikiem naszego Grunwaldu – była największą bitwą ichniego średniowiecza a jej wynik zadecydował o losach Japonii na ponad 250 lat.

Czyli plany są ambitne?

Plany są bardzo ambitne. Kolega, który je realizuje jest bardzo optymistycznie nastawiony i zakłada, że rekonstrukcję tej bitwy zrobi się w Polsce, co w najbliższej przyszłości, moim zdaniem, się nie uda, ale na pewno tych samurajów u nas będzie coraz więcej.

A jak wyglądała Pana historia w Trzecim Najemnym?

Właściwie zaczęło się bardzo zabawnie. Byłem uczestnikiem konwentu miłośników fantastyki, który odbywał się w Rzeszowie. Pisałem wtedy książkę, beletrystykę, a sam jestem zafascynowany sztukami walki, więc chciałem w niej zawrzeć sporo tego tematu, z tym że jak najbardziej wiarygodnie. I przechodząc się po atrakcjach zobaczyłem trenujących dwóch samurajów, ubranych w dawne stroje japońskie (jeszcze nawet sam nie wiedziałem tak wiele o dawnych czasach – tyle by poznać, że są to samurajowie). Podszedłem i zacząłem wypytywać o szczegóły, o techniki walki i w rozmowie po prostu zaprosili mnie na trening – „wpadnij, to najlepiej poznasz w praktyce, jak to wyglądało”. No i wpadłem i wsiąkłem. Okazało się, że miałem do tego dryg, walczyłem coraz lepiej. Zaopatrzyłem się we własny strój, zacząłem kompletować zbroję. Potem była śmieszna historia z organizacją pierwszej dużej imprezy, jaką był turniej rycerski w okolicach Jarosławia, po którym stwierdziłem, że następnym razem ja się za to wezmę i popoprawiam wszystkie niedoskonałości, żeby było dobrze. I stworzyliśmy imprezę, która była kontynuowana przez kolejnych 10 lat. Z czasem koledzy docenili mój udział w bractwie, wiedzę, moje starania i mianowali mnie na stanowisko prefekta – czyli dowódcy „odłamu” bractwa – grupa rozrosła się na tyle, że objęła trzy miasta i każde miało swojego dowódcę. Potem doszła funkcja taicho, osoby która reprezentuje całe bractwo.

Jak waszą grupę widzą inni rekonstruktorzy?

To jest miłe zaskoczenie. Bractwo odtwarza XV i XVI wiek. I o ile imprez XV-wiecznych jest bardzo dużo w Polsce, tak wiek XVI jest dość niszowy i często nawet nie interesowaliśmy się niektórymi turniejami, bo nie mieściliśmy się w datowaniu . Ale z czasem, jak stwierdziliśmy, że spróbujemy, wysyłaliśmy zgłoszenie mimo nie mieszczenia się w datowaniu i bardzo chętnie nas przyjmowano.

Teraz jest inaczej, bo już jesteśmy trochę na rynku rekonstrukcyjnym, ale pamiętam sytuację jak wychodzimy w naszych zbrojach z kolegą do jakiegoś dużego turnieju i ktoś nam mówi „ej, ale my tu walczymy na poważnie”. Uważali, że my się tak tylko przebieramy, a za tym nie idą umiejętności, jak i możliwości obronne tej zbroi. Zresztą i sędziowie też mieli z nami problem, bo nasze uzbrojenie ochronne bardzo się różni od europejskiego i często szukali takich samych punktów, sprawdzając, czy ta zbroja jest na tyle bezpieczna, by walczyć w niej w walkach pełnokontaktowych. Ale mimo wszystko walczyliśmy, osiągaliśmy dobre wyniki i zdobywaliśmy renomę, więc już takie sytuacje się potem nie zdarzały.

fot. prywatne zbiory Łukasz Stecko

Też niedawno miałem rozmowę, na turnieju w Będzinie, gdzie gościliśmy od niedawna i zawędrowawszy do jakiegoś stołu usłyszałem od jednej rekonstruktorki, że jak dowiedziała się o naszym przyjeździe to pomyślała  „no gdzie samurajowie na takiej imprezie?”. A okazało się – jak mówiła dalej – że świetnie się wkomponowujemy w klimat, że to pasuje do siebie, że mamy swoje sztandary, swoje namioty do obozowania i my tak samo walczymy w zbrojach jak i oni. A nasze zbroje nie dość, że wyglądają pięknie, to pozwalają na swobodną walkę. Dodam, że ich największa uroda ujawnia się dopiero w ruchu.

Pytanie co prawda było o rekonstruktorów, ale też opowiem jak nas widzą ludzie, bo widać, że ludzie też mają duży sentyment do tej kultury. Często na przykład jak tylko wyjdziemy na pole walki, to dostajemy brawa – za samo wyjście. Co sprawia mały problem, bo powinniśmy na te brawa przecież zasłużyć (śmiech).

A czy przekazujecie swoją wiedzę? Uczycie też o kulturze Japonii? Poza walką i strojami?

Tak. Pierwotne założenie bractwa było takie, że odtwarzamy konkretny oddział i jest to grupa bojowa. Jednak z czasem rozszerzaliśmy nasze spektrum działania. Pojawili się łucznicy, rzemieślnicy, artyści – mamy np. tancerkę. Niektórzy nazywają ją gejszą, chociaż w okresie, jaki odtwarzamy gejsze, jakie znamy z filmów jeszcze nie istniały. Mamy też własnego Mistrza Herbacianego, co jest takim sporym fenomenem, bo Japończycy mają rytualne podejście do wielu aspektów życia. Taką zwykłą codzienną czynność, jaką jest zalanie herbaty wrzątkiem i opcjonalnie posłodzenie, przekuto w sztukę, którą ludzie studiują latami i nawet wtedy niekoniecznie czują, że wiedzą już wszystko. Mają swoje stopnie wtajemniczenia, cały czas się doskonalą. Nasz kolega, chociaż ma ogromną wiedzę, to jednak jest skromny i mówi, że jeszcze nie do końca czuje się na siłach, by przeprowadzić taką pełnoprawną ceremonię parzenia herbaty, mimo że poświęcił temu naprawdę lata. Też sam kompletuje konkretne naczynia, których kiedyś używano. Nawet chusteczka do ich wycierania musi być odpowiednia – wiele rzeczy musi zostać ściągnięte z Japonii. Więc mimo że nie jest zbrojnym, gdzie zbroja to zawsze ogromny wydatek, to też zainwestował w to duże pieniądze. Co jest u nas nowością i też tyczy się naszego Mistrza Herbacianego – on odtwarza konkretną osobę znaną z historii.

Grupa naprawdę się rozrosła i mocno ewoluowała to tego, czym jest dzisiaj, i chociaż większość z nas skupia się na sztukach walki, to obejmujemy, zarówno wiedzą jak umiejętnościami, dużo szersze spektrum działania.

Czyli staracie się pokazać różne oblicza Japonii? Różne elementy tej kultury?

Tak, jak najbardziej tak. Nawet taka ciekawostka – niedawno się wybudowałem i wprawdzie nie jest to dom japoński, ale ma też swoje smaczki nawiązujące do Japonii – choćby przesuwne ściany shoji. A na wiosnę zamierzam zasadzić moje pierwsze drzewko i będzie to wiśnia japońska.

Trzeci Najemny. Wspominał Pan, że to grupa bojowa. Czy są zatem w Polsce trenerzy japońskiej walki mieczem, japońskiego łuku? Czy też sami próbujecie to wszystko odtwarzać?

I tak i tak. Zaczęliśmy z jakąś niewielką wiedzą, wyniesioną chociażby z aikido, które uczy właściwie obrony, ale żeby się bronić, ktoś musi zaatakować. Dużo zaczerpnęliśmy ze szkoły europejskiej. Tyle że miecz japoński właściwie powinien być nazywany szablą. Technicznie jest to szabla, ale używa się go jak europejskiego miecza długiego. Są one do siebie bardzo zbliżone. Różnice wynikają z tego, że miecz japoński jest zakrzywiony, więc lepiej nadaje się do cięć ale mniej do pchnięć. Poza tym posiada jedną tępą stronę, co wpływa na chwyt w pół-mieczu. Jednak trzeba pamiętać, że w mieczu europejskim ten przekaz walki został przerwany. Przestano walczyć mieczem, by dopiero po latach odtwarzać to z istniejących źródeł. W japońskiej kulturze ta walka była nauczana bez przerwy aż po dzień dzisiejszy.

My mieliśmy przyjemność i możliwość uczenia się również od mistrzów – choćby w Krakowie jest szkoła szermierki japońskiej TAKE, uczącej stylu Tenshin Shoden Katori Shinto ryu. Jest to styl powstały w XVI wieku. Ale trzeba wspomnieć, że walcząc na turnieju rycerskim, gdzie walczymy przeważnie z rycerzami europejskimi, niektóre te techniki nie mają sensu. Japończycy wykształcili bardzo specyficzne uzbrojenie i sposób walki przez to, że oni przez lwią część historii walczyli tylko między sobą a mało mieli przeciwników z zewnątrz. Do tego same turnieje rządzą się swoimi prawami – zakaz pchnięć, punktowanie konkretnych miejsc ciała, co powoduje konieczność dostosowania walki do przeciwnika. Ale wracając do meritum – staramy się uczyć od mistrzów kontynuujących naukę tych dawnych szkół japońskich. Również w Polsce są tacy trenerzy, ale oni też z kolei często wyjeżdżają na zagraniczne staże albo zapraszają gości z zagranicy do nas. I to nie tylko Japończyków. Sam miałem przyjemność trenowania z mistrzem z Rosji, który miał 7 dan w tej wspomnianej szkole Tenshin Shoden Katori Shinto ryu. Oprócz tego uczę się w szkole Seimeido Polska u jej założyciela Sebastiana Śliwińskiego, który też dużą część życia trenował w Japonii różne sztuki walki mieczem, tworząc z nich taką widowiskową szkołę walki. Oczywiście różne szkoły i techniki przydają się w różnych rzeczach. O ile na turniejach, z uwagi na to co mówiłem, przydają się techniki europejskie, o tyle na pokazach, gdzie chcemy zaprezentować tę kulturę japońską, najczęściej prezentujemy techniki  Tenshin Shoden Katori Shinto ryu a jeśli na przykład robię pokaz Temeshigiri, czyli pokaz cięcia ostrym mieczem – przecinam słupki bambusowe czy ze słomy ryżowej – to wtedy bardzo się sprawdzają techniki widowiskowe ze szkoły Seimeido.

Mówił Pan, że katanę można w zasadzie bardziej porównać do szabli niż do miecza. Zatem na pewno otrzymuje Pan często pytanie: co lepsze – polska szabla czy japońska katana?

I zawsze odpowiadam tak samo – nie wygrywa broń tylko człowiek. Nawet jeśli postawilibyśmy niedzielnego snajpera z jednej strony a wojownika uzbrojonego w nóż z drugiej, to wojownik z nożem też miałby szansę wygrać. Wszystko jest kwestią umiejętności. To był oczywiście skrajny przypadek, ale też miałem okazję walczyć z ludźmi uzbrojonymi w szable. I tu wkraczały umiejętności. Jeśli walczyłem z początkującym przeciwnikiem – wygrywałem. Walcząc z kimś bardzo doświadczonym – przegrywałem. Acz to też zależy od sposobu walki, od tego na jakie zasady się umówimy. Inaczej walka wygląda do „pierwszej krwi”, czyli do pierwszego trafienia, a inaczej wygląda walka, gdzie walczymy w zbroi i ja na przykład mogę sobie pozwolić na przyjęcie nawet dynamicznego, mocnego uderzenia szablą, dzięki temu skrócić dystans i wyprowadzić mocne ciosy, których szablista nie jest w stanie sparować trzymając szablę tylko jedną ręką. Więc w moim odczuciu jest to kwestia umiejętności oraz zasad na jakie się umówimy.

Czyli nie można powiedzieć, że któraś broń jest lepsza od drugiej w tym przypadku?

Myślę że tak, bo lepsza to też jest takie bardzo ogólne stwierdzenie. Na inne walory będziemy patrzeć walcząc do pierwszej krwi, na inne walory walcząc w pełnej zbroi a jeszcze na inne walcząc na śmierć i życie. Dlatego unikałbym takiego wywyższania jednej broni nad drugą. Nigdy tak nie uważałem, ale słyszałem i czytałem opinie w Internecie, że miecz japoński jest taką niesamowitą bronią, najlepszą ze wszystkich. W historii mieczy trafialiśmy też przecież na bardzo dobrze wykonane miecze japońskie, jak i bardzo źle wykonane. Tak samo było z mieczami europejskimi. W życiu, nie tylko w tej sprawie, nie lubię jednak i unikam uogólnień, jak już zapewne zdążył pan zauważyć w trakcie rozmowy.

Wspominał też Pan o kobietach w waszej grupie. Też walczą, czy zajmują się takim odtwórstwem ról, które możemy wiązać z kobietami w dawnych wiekach?

Zarówno jedno jak i drugie. Dziewczyn jest w naszym bractwie niemało i część dziewczyn faktycznie próbowało swoich sił walcząc, nawet zbrojnie. Część zaś skupiało się na aspektach tańca, pisma japońskiego. Z tym że nie ma u nas dziewczyny w grupie, która nie miałaby żadnych umiejętności walki mieczem.

Więc podstawowe przeszkolenie ma każda z nich?

Tak. Jednak są to korzenie bractwa, wyszliśmy od walki mieczem i każda dziewczyna, która z nami dłużej została miała z tą bronią styczność.

Gdzie was można spotkać?

Powiedziałbym, że na całym świecie, ale może to lekka przesada. Generalnie skupiamy się w południowo-wschodniej części Polski, ale mieliśmy też swojego reprezentanta w Japonii. Ogólnie jednak to w całej Polsce. Na zachód najdalej występowaliśmy w okolicach Legnicy. Na północy, ja na przykład występowałem w Koszalinie. Więc praktycznie w sporej części Polski się pokazaliśmy.

Ale jesteście obecni nie tylko na rekonstrukcjach historycznych?

Nie tylko. Też na przykład jesteśmy zapraszani na konwenty miłośników fantastyki, albo miłośników kultury japońskiej. Nawet ostatnio byliśmy na świetnej imprezie miłośników japońskiej motoryzacji – Japfest. Zostaliśmy bardzo miło przyjęci. W sumie wspólny mianownik był – chłopaki mieli japońskie blachy i my mieliśmy japońskie blachy. Nawet dziewczyny widowiskowo myjące te samochody, też wymyły nam zbroje.

Jakie warunki trzeba spełnić, by do was dołączyć?

Trzeba mieć ukończone 16 lat i poddać się dyscyplinie w naszym bractwie. Nie jest ona jakaś duża, ale mamy swoją hierarchię, swój kodeks, chcemy być odpowiednio postrzegani przez ludzi związanych z rekonstrukcją, jak i spoza niej. Więc przyjść i spróbować może każdy. A czy ktoś się nadaje, albo czy chce – to wszystko wychodzi w praniu. Więc wystarczy mieć ukończony szesnasty rok życia.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w tworzeniu polsko-japońskiego Grunwaldu.

Wprawdzie nie ja go tworzę, ale na pewno będę uczestniczył, więc dziękuję bardzo. Zobaczymy za kilka czy naście lat.

Piotr Górski
Odtwórca historyczny XV-XVII. Uczestnik wielu wydarzeń i inscenizacji odtwórstwa historycznego w kraju: Grunwald, Malbork, Zamość, Jarosław, Jaworzno, Wilanów, i wiele innych lokalnych, oraz zagranicą: Ukraina, Węgry, Czechy. Wydawca historycznej gry karcianej. Zainteresowania: historia, paleontologia, literatura science-fiction, anime, muzyka dawna.