Spektrum – opowiadanie

Ten, kto nigdy nie miał styczności z Hrubieszowem, może doznać irytacji a nawet szoku, kiedy przyjdzie mu samodzielnie poruszać się po mieście. Ja na ten przykład zgrzytałem zębami, kląłem pod nosem i byłem o krok od konwulsyjnego gryzienia kierownicy. Problem polega na “jednokierunkowości” miasta, i nie, nie chodzi mi o poglądy mieszkańców, czy tradycyjny kierunek  na wschód po tanią ropę, ale o ulice. Miałem wrażenie, że całe niewielkie miasto jest pocięte tylko i wyłącznie jednokierunkowymi szosami.

Na domiar złego wysiadł mi telefon, więc kojący głos Krzysztofa Hołowczyca, patrona drogowych GPS-ów, nie mógł mnie bezpiecznie, a w tym wypadku ze zdrowymi zmysłami, doprowadzić do celu. Zły zakręt i rundka dookoła. Pytam miejscowego o drogę i rundka dookoła. Okazuje się, że miejscowy zrobił sobie ze mnie jaja i rundka dookoła. Jak dotarłem na ulicę Wodną musiałem już toczyć pianę z ust.

Spektrumfot. Justyna książek

Kolega, który prosił mnie o rzucenie okiem na dom, który chciał kupić, jeszcze nie dotarł na miejsce. A przynajmniej na całej długości ślepej alejki nie zauważyłem jego samochodu. Postanowiłem chwilę pospacerować po okolicy.

Sama uliczka wydawała się dosyć ciekawa. Po jej obu stronach rosły niewielkie jednorodzinne domy, po lewej ode mnie wzdłuż rzeki, po prawej wzdłuż górującej nad dachami  skarpy. Kończyła się małym parkingiem z widokiem na kościół i meandry Huczwy przecinającej łąki.

Widok był naprawdę malowniczy. Mateusza nadal nie było widać, a niestety padnięty telefon nie pozwalał mi do niego zadzwonić, więc nie mogłem pójść na dłuższy spacer po łąkach. Postanowiłem dla zabicia czasu obejrzeć to cudo kresowej architektury. To miała być pierwsza chałupa przy rzędzie murowanych garaży. Wróciłem do samochodu po latarkę i zlokalizowałem dom, o który chodziło. Była to rozpadająca się przegniła rudera.

Rozejrzałem się, czy nikt na mnie nie zwraca uwagi i obszedłem dom w poszukiwaniu otwartych okien żeby wejść do środka, ale okazało się, że nie było potrzeby ich szukać, bo od tyłu część ściany rozleciała się ze starości. Bez żadnych problemów mogłem się zmieścić przez ziejącą w drewnie dziurę. Latarka była zbędna. Kawałek dachu i strop leżały u moich stóp zaraz za nadprogramowym progiem.

Bałem się wchodzić głębiej. Smród stęchlizny i wilgoci odstraszał i sprawiał wrażenie, że konstrukcja lada moment złoży się jak domek z kart. Niekoniecznie chciałem być wtedy w środku. Mimo wszystko ostrożnie wszedłem głębiej, ciekawy, czy nie wpadną mi w oko jakieś stare fanty, dzięki czemu graciarnia ze starociami w moim mieszkaniu znowu by się powiększyła.

Przede mną roztaczał się widok pobojowiska. Roztrzaskana upadkiem stropu kuchnia kaflowa, resztki starych mebli, niestety nic w całości, i niezły stos cuchnących śmieci. Miałem już wychodzić, kiedy obok pieca zwróciłem uwagę na niewielki chlebak wciśnięty za jego postument. Zapewne, gdyby kuchnia nie została rozbita, nie byłoby szans, żeby to dostrzec.

Ostrożnie wyjąłem znalezisko, mając nadzieję, że to przedwojenny wzór, ale od razu rozpoznałem chlebak na granaty Ludowego Wojska Polskiego. Rozsupłałem paski i otworzyłem torbę – w środku było zawiniątko zrobione z kraciastej flanelowej koszuli.

Po jej rozplątaniu na światło dzienne wyjrzał skórzany futerał na aparat fotograficzny i kilka rolek filmu w plastikowych pojemnikach. Otworzyłem etui i ze zdziwieniem zauważyłem, że aparat jest w niezłym stanie oraz że jest mosiężny. Natychmiast wsadziłem znalezisko z powrotem do torby i zaniosłem do samochodu. Jak tylko zatrzasnąłem drzwi, podjechał Mateusz.

– Człowieku, nie można się do ciebie dobić! – rzucił na przywitanie.

– Wiem, padł mi telefon. Obejrzałem sobie tę twoją ruderę moim niefachowym okiem i mogę ci już to odradzić.

Postanowiłem, przynajmniej na razie, nie mówić mu o niewielkim fancie spoczywającym w moim samochodzie i tylko wskazałem ręką biały domek tylko odliczający już dni do całkowitego zawalenia się.

Mateusz zaśmiał się.

– To nie to – i skinął głową w stronę pomalowanego na brązowo domu naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy. – Trochę mi zeszło. Byłem u właściciela i dostałem klucze. Dawaj, zobaczymy jak to wygląda.

– A na ile ceni?

– Osiemset milionów złotych.

– Że co?! – wykrzyknąłem i rozejrzałem się czy nie zacząłem wzbudzać zbyt dużego zainteresowania w okolicy. Mateusz odchrząknął znacząco i wyjaśnił.

– Jak z nim gadałem, zareagowałem podobnie, ale przypomniałem sobie, że to Hrubieszów i jeszcze się tu zdarzają tacy, co liczą złotówki po staremu. Z niedowierzaniem pokręciłem głową, a on otworzył furtkę i już po minucie byliśmy w przytulnym domu. Wnętrze wymagało sporo pracy, a przede wszystkim zrobienia normalnej łazienki, ale niemal od zaraz nadawał się do zamieszkania.

Tym bardziej, że dębowe brusy zdawały się być zdrowe. Podczas zwiedzania ogrodu okazało się, że jest całkiem sporo pomieszczeń gospodarczych, które Mateusz już widział, jako warsztat. Kiedy dotarliśmy na koniec niewielkiej działki i zauważyliśmy, że zaraz za płotem płynie rzeka. Ukłucie zazdrości zapiekło mnie w tyłek, jak ukąszenie wielkiej komarzycy.

Kumpel cmoknął i wymruczał pod nosem krótkie – Biorę!

Moja pomoc okazała się całkowicie zbędna, ale dorzuciłem, żeby dawał znać jak będzie potrzebował pary rąk do remontu.

W drodze powrotnej do Zamościa, jak tylko wyjechałem za Hrubieszów i jego jednokierunkowy labirynty, przypomniałem sobie o znalezionym chlebaku, zjechałem na pobocze i wyjąłem zawartość torby na fotel pasażera. Jako pierwsza przed oczami pojawiła mi się osłona obiektywu z wygrawerowaną nazwą Leica. Nie znałem tej firmy i odczułem nieco żalu, że to nie jest stara lustrzanka Kodaka lub Canona.

Aparat nie był zrobiony całkowicie z mosiądzu. Lwią część jego korpusu wykonano z tworzywa, a na mosiężnym górnym szyldzie, tuż obok gniazda na lampę, wybity był symbol igrzysk olimpijskich, pod którym rozpościerał skrzydła hitlerowski orzeł stojący na wieńcu ze swastyką i data tysiąc dziewięćset trzydzieści sześć.

Zrobiło mi się bardzo gorąco i z wrażenia musiałem uchylić okno w samochodzie. Przyjemny dreszcz podniecenia rozszedł się po ciele. To była ciekawa znajdka i już ją widziałem na honorowej półce z trofeami między niemieckim hełmem wzór trzydzieści pięć a kolekcją bagnetów.

Z wielkim trudem opanowałem się przed otworzeniem aparatu, by zobaczyć, co jest w środku. Wskoczyłem za kierownicę i docisnąłem pedał gazu, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu i przewertować Internet.

Po bezowocnych radach na temat znalezionego cudu techniki udzielonych przez wujka Google, które ograniczyły się do pokazania mi archiwalnych aukcji z Allegro, skontaktowałem się z kumplem, który jeszcze w czasach licealnych zajmował się amatorsko manualną fotografią.

Odwiedziłem go pod koniec dnia. Z dzikim pożądaniem wypisanym na twarzy Daniel oglądał mój skarb, zawzięcie tłumacząc, co czym się robi i jak co ustawić, żeby uzyskać pożądany efekt zdjęcia. Byłem w tym temacie całkowitym laikiem. W końcu zrozumiał to, co miała mu do przekazania moja mina i po prostu oznajmił, że w aparacie jest skończony film. Skręcił i wyjął starą taśmę, założył jedną z tych, które były w chlebaku.

Wytłumaczył mi, że jest możliwość, iż uda się ją wywołać. Bo, o dziwo, stan taśm, jak i urządzenia, wyglądał na naprawdę dobry. Ale niestety jego ciemnia obecnie była w remoncie i musiałem skorzystać z usług któregoś z fotografów na mieście.

Poszedłem do zakładu z samego rana, zbywając wszystkie pytania technika na temat skąd wziąłem taki muzealny okaz, jak najkrótszymi odpowiedziami i wzruszeniem ramion. Po odbiór wywołanych zdjęć miałem się zgłosić w przyszłym tygodniu, czyli przez kolejne pięć dni siedziałem jak na szpilkach.

Kiedy w końcu otrzymałem kopertę ze zdjęciami i rolkę negatywów wraz z propozycją ich odkupienia, którą z miejsca odrzuciłem, niemal natychmiast znalazłem się u Daniela. Rozłożyliśmy czterdzieści odbitek na podłodze i przez długi czas nie mogliśmy wyjść z podziwu. Na zdjęciach z całą pewnością był Hrubieszów. Na kilku odbitkach widoczna była charakterystyczna cerkiew jak i dworek Du Chateau z tym, że ten zatarty czasem. Po ulicach przemykali brudni ludzie w długich płaszczach, większość z nich obładowana dobytkiem, całe mnóstwo załadowanych meblami drabiniastych wozów.

W oczach przechodniów na fotografiach można było wyczytać strach i niepewność jutra. W końcu znaleźliśmy postacie ubrane schludnie, stojące lub maszerujące z zadartą głową, ubrane w niemieckie mundury. Zdjęcie niemieckich żołnierzy prowadzących kolumnę Żydów, sądząc po opaskach na ramieniu. Niemcy na tle cerkwi, Niemcy przy już nieistniejącej synagodze. Małe francuskie czołgi z niemieckimi krzyżami na bokach oraz opancerzone transportery stojące wzdłuż rzeki.

Jak przeglądałem zdjęcie po zdjęciu, lodowate ciarki przechodziły mi po plecach. Odnosiłem wrażenie, że większość kadrów było robionych z ukrycia, co można było stwierdzić na podstawie dziwnych pozycji i poziomów, na których ktoś musiał trzymać aparat, jak i słabej ostrości i kiepskim oświetleniu obrazu. Daniel coś mruknął pod nosem, ale nie dosłyszałem, bo cała moja uwaga poświęcona była jednej fotografii. Przedstawiała dziewczynę wchodzącą do drewnianego domu, usytuowanego tuż przy zabłoconej ulicy.

Zaraz za domem zaczynało się wysokie ogrodzenie, więc na kadrze widoczna była tylko ona i dom. Dziewczyna była zwrócona twarzą w stronę fotografującego, jakby była w ruchu i już miała wejść do środka, ale w ostatniej chwili ją zawołał i spojrzała na niego ładna, przestraszona, a może bardziej zdziwiona buzia. Włosy miała spięte u góry, na ramiona narzucony luźny, zdecydowanie za duży sweter.

Poderwana powiewem wiatru spódnica ukazywała podkolanówki i zgrabne łydki, ale przede wszystkim jej oczy jakby pytały: “Co tu robisz, kim jesteś?”. Zdziwiło mnie, że nie była rozmazana jak większość zdjęć. Po ostrości miałem wrażenie, że scenka była pozowana, jakby fotograf miał czas na dobre ustawianie naświetlenia. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Było w niej coś nierealnego, coś, czego w żaden sposób nie mogłem uchwycić.

Daniel trącił mnie łokciem

– Co, co mówiłeś? – zapytałem, wyrwany z rozmyślań.

– Że to skarb! Chłopie, wiesz, ile mogą być warte takie zdjęcia?

Pokręciłem głową.

– Regionaliści mogą sypnąć naprawdę ładnym groszem. Szkoda, że to nie Warszawa. Póki, co nie publikuj tego nigdzie. Ech, że to nie jest odbite na oryginalnym papierze.

Przytaknąłem mu, ale, szczerze mówiąc, nie bardzo się skupiałem na tym, co mówi. Myślami i wzrokiem błądziłem po tej jednej fotografii. Dziewczyna, która, jeżeli jeszcze żyła, mogła mieć około setki, hipnotyzowała mnie.

W myślach zdążyłem już ją nazwać Agnieszka. Wyglądała mi na Agnieszkę. Sprawiała wrażenie bezkompromisowej, pewnej siebie i wyszczekanej, jak zdecydowana większość Agnieszek, które znam. Kolejny raz dostałem łokciem i kolejny raz Daniel wyzwolił mnie z odrętwienia

– Patrz. Ta laska pojawia się co jakiś czas. Może to był jej aparat albo właściciel wyrywał ją na sesję w plenerze – poruszał znacząco brwiami i podsunął mi kilka odbitek. Agnieszka. Na wszystkich była Agnieszka.

Czasem obrócona tyłem, jakby spiesznym krokiem kogoś prowadziła, innym razem wchodząca w zaułek lub bramę. Zawsze w ruchu i zawsze wyraźna i ostra, mimo że inne postacie, nawet te idące obok niej, bywały rozmyte. – Dziwne. Chyba były pozowane. Ciekawy efekt – skwitował Daniel.

Tej nocy śniłem o tej dziewczynie. Próbowałem ją dogonić na ulicach czarno-białego Hrubieszowa. Zawsze wymykała mi się w ostatniej chwili. Kiedy już miałem złapać ją za rękę, znikała za zakrętem kamienicy i musiałem przystawać na długą chwilę, żeby ją ponownie odszukać wzrokiem.

Czasem chciałem kogoś zaczepić i zapytać, czy jej nie widział, ale ludzie, których mijałem, stali w miejscu, ich twarze były rozmazane, nieme i wtedy ona znowu się pojawiała w zupełnie innej części miasta, a ja znowu ją goniłem. W uszach brzęczała mi zapętlona melodia z czołówki “W starym kinie”.

Kiedy Agnieszka wchodziła do domu, za którym stało wysokie ogrodzenie, i już miałem tam wskoczyć za nią, pewny, że mi nie ucieknie, usłyszałem tuż przy moim uchu “Jaśnie panie sms zajechał… śledziami”. Przetarłem oczy, a monochromatyczny Hrubieszów zastąpiony został ekranem telefonu wyświetlającym niebieską zamkniętą kopertę. Otworzyłem wiadomość od Daniela, zerkając na godzinę. Dochodziła trzecia w nocy.

“Panie, miałeś siedzieć cicho z tymi fotami!”

Nie do końca rozbudzony nie rozumiałem, o co mu chodzi, więc odpisałem krótkie: “Co?” i otrzymałem podobnie krótką odpowiedź: “Wysłałem na fejsa”.

Chcąc nie chcąc, przeciągnąłem się, ziewnąłem i odpaliłem neta w telefonie. Zasypała mnie lawina fejsbukowych wiadomości od Daniela. Delikatnie mówiąc, w większości psioczył na moją gorączkę, żeby chwalić się wszystkim, co mam rękach i że to było strasznie głupie. Wysłał też link do portalu Lubię-Hrubieszów, na którym zostały wstawione wszystkie zdjęcia, co do jednego.

Galerię opublikowano sześć godzin temu i już miała cztery setki polubień oraz dziesiątki komentarzy. Ludzie rzucili się na fotografie, podając w komentarzach, gdzie dana została zrobiona lub wstawiając zdjęcie, jak to miejsce wygląda obecnie. Była też cała masa zapytań o odkupienie oryginałów lub chęć wymiany na inne. Rozbudziłem się całkowicie, szybko wystukałem wiadomość do Daniela: “To nie ja!”

Długa chwila ciszy w eterze i w końcu Messenger poinformował o nowej wiadomości. “Pewnie ktoś z zakładu foto. Kurna! Tak nie można! Ale już po ptokach. Można pisać do portalu, że zdjęcia zostały skradzione i żąda się ich usunięcia, tyle, że ludzie już je skopiowali i będą wypływać tak czy inaczej.

Widziałeś liczbę polubień i komentarzy. To jakieś jaja! Oki, daj mi znać gdzie wywoływałeś, narobię tam gównoburzy”. Wstawiłem mu w odpowiedzi niebieski uniesiony do góry kciuk i podałem nazwę zakładu. Sam zabrałem się za czytanie komentarzy pod poszczególnymi zdjęciami. Nie będę ukrywał, że najbardziej ciekawiły mnie te, na których znajdowała się Agnieszka. “Dom na Czerwonego Krzyża, przed wojną żydowski Szpital Chorób Wstydliwych fajne ujęcie i niezła ciekawostka”.

Agnieszka przemykała obok kamienicy. “Tutaj świetnie widać Sutki!”. Musiałem przeczytać to dwa razy, żeby upewnić się, czy dobrze widzę, bo sutków na zdjęciu nie widziałem z całą pewnością. Następnie wygooglowałem “Sutki Hrubieszów” i z zażenowaniem stwierdziłem, że to oficjalna nazwa rynku z zabytkowymi kramami.

“Ukraiński Dom, ostatni aryjskiej strefy, zaraz za nim widać ogrodzenie getta, podejrzewam, że czterdziesty pierwszy rok, dom stoi do tej pory”. I w komentarzu współczesna fotografia ruiny, w której znalazłem aparat. Na starym zdjęciu dziewczyna wchodzi do środka, ze zdziwieniem patrząc mi prosto w oczy. Czyli ten płot za domem to jest getto.

“Kąpielisko Polaczek na Huczwie. W tle skarpa, Mały Kościółek i Stawy Księdza”. To zdjęcie musiało być zrobione niedaleko ulicy Wodnej. Domyśliłem się tego po kadrze, bo sam komentarz mógł powiedzieć coś tylko miejscowym.

“Dworzec HKD, fotka rarytas!”. Tutaj również była widoczna Agnieszka i ,jak na innych, gdzieś bardzo się śpieszyła. Przemknęło mi przez głowę, żeby nauczyć się obsługi tego aparatu i, po uprzednim pozbieraniu informacji z komentarzy, zrobić nim zdjęcia tych samych miejsc i ujęć, w których były robione osiemdziesiąt lat temu. Wydało mi się to doskonałym projektem. Natychmiast napisałem o tym Danielowi. Nie dostając długo odpowiedzi, zerknąłem na zegarek. Było dziesięć po czwartej, najwyższy czas żebym i ja wrócił do łóżka.

Od samego południa Daniel uczył mnie obsługi aparatu. Ustawienie światła, czas naświetlania przysłony, kręcenie obiektywem, aby złapać odpowiednią ostrość, to była masakra. Szczególnie, kiedy do tej pory jedyne aparaty, którymi się posługiwałem, to były te w telefonie lub cyfrowy kompakt.

Po dobrej godzinie Daniel stwierdził, że możemy bezpiecznie wyjść na miasto, żeby wypstrykać świeżą kliszę. Plan dnia miał kryptonim “Turysta na starówce”. Obiegliśmy Rynek Wielki z ratuszem i rzędem kamienic ormiańskich, katedrę, synagogę, Rotundę i niezły kawał parku, a nawet nowy przystanek szynobusu “Zamość Starówka” – słowem wszystko to, czego szanujący się turysta nie wstydziłby się posiadać w swoim pielgrzymskim albumie. Kliszę do wywołania zostawiliśmy tym razem w innym zakładzie fotograficznym.

Następnego dnia zadzwonił do mnie właściciel zakładu z pytaniem, czy mógłby odbić moje fotografie również dla siebie. Niezmiernie mnie to zdziwiło. Czy naprawdę zrobiliśmy aż tak dobre zdjęcia, że chciał je ktoś zawodowo zajmujący się fotografią? Zaskoczony pytaniem, zgodziłem się. Kolejne pytanie niemal wytrąciło mnie z równowagi. – Ile pan chce za negatyw?

Poinformowałem, że obecnie nie jest na sprzedaż.

Kiedy wraz z Danielem rozpakowaliśmy kopertę z wywołanymi zdjęciami, nie mogliśmy zrozumieć, co jest grane. Przez dłuższy czas podejrzewałem, że wydano mi nie moje zdjęcia, aż w końcu Daniel ułożył fotografie w kolejności i pokazał mi, że wszystko to są nasze kadry. Tyle, że na zdjęciach był Zamość z okresu drugiej wojny! Potężne drzewa w parku ledwo zaczynały wyrastać ponad głowy przechodniów.

Ratusz ozdobiony wielką wiszącą ze środkowego okna flagą z hakenkreuzem, ormiańskie kamienice surowe, zaniedbane, pozbawione ozdobnych attyk i sztukaterii. Zdjęcie, na którym przedstawiona była betonowa rampa rojąca się od ludzi wtłaczanych do bydlęcego wagonu przez niemieckich żołnierzy, rozszyfrowaliśmy, jako współczesny przystanek “Zamość Starówka”. Fotografie Rotundy robiliśmy niestety od środka. Nie dało się na to patrzeć. Długo się nie odzywaliśmy, podając sobie odbitki jedna po drugiej.

Zrozumiałem, dlaczego właściciel zakładu chciał je dla siebie. Ten przynajmniej zadzwonił i zapytał. Pewnie i te lada moment wypłyną do sieci. Nie trzeba było na to długo czekać. Prawie wszystkie zdjęcia jeszcze tego samego dnia pojawiły się na zamojskich portalach społecznościowych. Nie opublikowano tylko tych z Rotundy, czemu się absolutnie nie dziwiłem.

Doszliśmy do absurdalnego wniosku, że aparat w niewytłumaczalny sposób zatrzymał się w latach czterdziestych i mimo upływu osiemdziesięciu lat nadal uparcie przedstawiał tamte czasy.

– Wiesz, jakie to daje możliwości? – wyszeptał Daniel.

Całkowicie się z nim zgadzałem. Oczami wyobraźni już widziałem, co z takim artefaktem można zrobić.

– Można by odtworzyć niezły kawał historii, obejrzeć potyczki od środka, niczym się nie narażając. Wyobraź sobie szarżę spod Komarowa. Z resztą, udokumentowaną całą bitwę! To byłoby, no nie wiem, jak skarb dziedzictwa…

Daniel przerwał mój coraz głośniejszy wywód unosząc rękę.

– Nie te czasy. Komarów to lata dwudzieste. Z tego, co już możemy ocenić po komentarzach w necie, to że aparat z jakiegoś powodu uparł się na rok czterdziesty albo czterdziesty pierwszy. Co do reszty, masz rację. Tyle, że chciałbym zrozumieć, jak to działa. I ciemnia.

Przerwał i zamyślił się. Ponagliłem go skinieniem głowy.

– Muszę przyspieszyć remont ciemni. Nie możemy wywoływać zdjęć w zakładach. Wyciekają stamtąd, zanim jeszcze my się im zdążymy przyjrzeć.

Przytaknąłem. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Daniel założył nowy film do aparatu. Licząc już nawinięty, zostały trzy rolki, czyli łącznie sto dwadzieścia klatek. Mieliśmy pewne obawy, czy, jeżeli zamówimy współczesny film dwadzieścia cztery na trzydzieści sześć milimetrów, to aparat nadal zachowa swoje magiczne zdolności, ale to miało wyjść w praniu.

Ja chciałem wrócić do Hrubieszowa, żeby fotografować miasto. Z tego, co zrozumiałem, zdjęcia Sutek, rynku i getta z lat okupacji osiągały zawrotną wartość, nie tylko historyczną, ale i poprawiającą jakość materiału, z którego są wykonane kieszenie do których koniec końców miałyby trafiać zarobione pieniądze.

Już następnego dnia kluczyłem cholernymi jednokierunkowymi ulicami, przypominając sobie mój sen. Znowu byłem w pogoni za Agnieszką i naszła mnie myśl, czy to właśnie przez nią wczoraj postanowiłem robić zdjęcia właśnie tutaj. Nie musiałem się oszukiwać. Tak, ona była powodem.

Chciałem ją zobaczyć, chciałem ją poznać, było w niej coś, co mnie przyciągało do tego miasta. Niemal machinalnie zanuciłem pierwszą zwrotkę piosenki Starego Dobrego Małżeństwa “Zbieg okoliczności łagodzących” kiedy doszedłem do trzeciej ogarnął mnie nieopisany żal.

– Ale przecież ty byłaś przed moją erą – wyszeptałam pod nosem.

Nie wzbudzałem większego zainteresowania, robiąc zdjęcia na Kozackim Rogu, Targowej, czy fotografując stare domy z Piłsudskiego. Jednak dziwnie na mnie patrzono, kiedy kierowałem obiektyw aparatu na ulicy Ludnej. Tam po prostu nie było czemu robić zdjęć, poza prywatną zabudową w znacznej większości wywodzącą się z okresu PRL.

Kiedy już w kilku oknach zauważyłem raptownie zaciągane sztory, zrozumiałem, że jak jeszcze chwilę tu zostanę, to z jednego z ganków wyjdzie ktoś z marsem na czole, wąsem nad wargą i w siatkowym podkoszulku, żeby sprawdzić, jak mocno swędzą mnie zęby. Stuknąłem czterdziestą klatkę i w te pędy zwinąłem się z powrotem do Zamościa.

Na wywołanie najnowszej partii zdjęć musiałem czekać tydzień. Ustaliliśmyz Danielem, że już nie oddamy negatywów do żadnego z zakładów, a trzeba było kupić nowe koreksy, chemię i całą masę sprzętu pod tego typu kliszę. Prawdę mówiąc, nie znałem się na tym tak bardzo, że gdyby Daniel zażyczył sobie do ciemni pięć litrów ropy i monocykl, to bym to kupił i dostarczył na miejsce z jedynym pytaniem o to, na kiedy zdjęcia będą gotowe.

Kiedy wreszcie dostąpiłem zaszczytu obserwowania w czerwonym świetle, jak w plastikowej kuwecie wypełnionej chemią, na kawałku papieru pojawia się obraz, myślałem, że to magia i faktycznie było w tym coś prawdziwie magicznego, bo twarz dziewczyny, która na mnie patrzyła, pochodziła niemal sprzed wieku.

– To chyba twoja laska – rzucił Daniel, spoglądając mi zza ramienia.

Z całą pewnością się zaczerwieniłem, ale w takim oświetleniu na szczęście nie mógł tego zauważyć.

– I chyba jest na ciebie zła – dopowiedział. W jego głosie dało się wyczuć nutkę rozbawienia.

– Co? Dlaczego? – zapytałem, a Daniel prychnął śmiechem.

– Nie wiem, trudno ją zapytać – i roześmiał się na dobre.

Przyjrzałem się zdjęciu Agnieszki. Jej twarz wypełniła niemal cały kadr i faktycznie wyglądała na złą. Ściągnięte brwi marszczyły ładny zgrabny nosek, usta zwężone w ciasną linię i oczy wpatrzone prosto w obiektyw tak, jakby była świadoma mojej obecności wiek później, jakby bardzo się jej nie podobało, że ją śledziłem. Fotografia zniknęła z kuwety, a na jej miejsce wylądował kolejny papierek, który zaczął się powoli przeobrażać. Chciałem zaprotestować i Daniel musiał to wyczuć, bo z rozbawieniem powiedział:

– Spokojnie, niedługo będziesz się mógł jej przyjrzeć ile dusza zapragnie. A teraz wypad z pracowni, bo plączesz mi się pod nogami.

Posłuchałem. Schowałem się za ciężką kotarą zawieszoną nad wejściem i kiedy upewniłem się, że jest szczelnie zasłonięta, wyszedłem za drzwi.

Po dobrej godzinie drzwi się uchyliły i wyjrzał zza nich Daniel.

– Już po wszystkim. Może pan wejść i zobaczyć swoje dzieci. To są czterdziestoraczki, ale muszę pana uprzedzić, że nad niektórymi się pan nie postarał. Wślizgnąłem się do środka. Fotografie refleksujące czerwonym blaskiem wisiały nad głową przyczepione na sznurach za pomocą spinaczy na bieliznę. Kilka było naprawdę fatalnych.

Domyśliłem się, że musiałem zrobić zdjęcie zaraz przy ścianie budynku, który obecnie już nie istniał, trafić na przechodnia lub po prostu źle ustawiłem ostrość i światło. – Chyba jej szukałeś nie? – zapytał Daniel i wskazał mi palcem rząd kilku zdjęć – Co… tak, tak miałem nadzieję, że na nią trafię.

– Zauważyłem. Zebrałem ci jej fotki do kupy. Udało ci się, jest aż na dwunastu. Normalnie jakby ci pozowała.

Podszedłem do jej zdjęć i musiałem przyznać mu rację. Rozpoznałem obszar getta. Była tam, w środku. Na innym prześlizgnęła się przez płot. Jeszcze inne, szła spiesznym krokiem przez Wodną. Kolejne, Agnieszka pokazuje dokumenty dwóm niemieckim żołnierzom. Serce zabiło mi mocniej, czy ją złapali? Następne zdjęcie, idzie w głąb miasta. Nie, nie złapali jej. Za każdym razem się śpieszy, za każdym razem spogląda na mnie i nie jest zadowolona, że za nią podążam.

– Te mi zostaw. Reszta jest twoja, rób z nimi, co chcesz

Daniel przeciągle mruknął. W tym długim dźwięku zawisła jakaś dziwna nostalgia jakby chciał powiedzieć: “Rób, co musisz. Twoje wiatraki – twoja walka”. Ale najwyraźniej musiał zapytać:

– Co zamierzasz?

Zastanawiałem się przez długą chwilę. Naprawdę nie wiedziałem, co tak naprawdę mam zrobić.

– Chyba pójdę za nią. Myślę, że powtórzę pierwszą sesję, wiesz, tę, co wywołaliśmy na początku, co wypłynęła w Lubię-Hrubieszów. Może pokaże się coś innego. Dojdę do tego domu, zmienię kliszę, wejdę do środka i nie wiem, będę robił tam zdjęcia.

– Zostały dwie rolki – rzucił Daniel i zamilkł na chwilę, zastanawiając się, jak dobrać słowa. – I przyszły te, które zamówiłem. Może zrobimy tak. Dam ci jedną rolkę starą i te nowe. Ty zrobisz zdjęcia, zmienisz film, a potem się okaże. Jeżeli na nowym filmie nadal będą wychodzić lata czterdzieste, to żyć nie umierać. Jeżeli nie, to będziemy martwić się później jak zużyć ostatnią.

Przystałem na to. Jak zresztą miałbym nie przystać? To był naprawdę dobry plan. Kiedy już leżałem w swoim łóżku, do późna przeglądałem jej zdjęcia, opracowując plan jutrzejszego działania oraz przyznając szczerze przed sobą, że trochę bałem się zasnąć. Miałem wrażenie, że Agnieszka tego nie chce i postara mi się to wybić z głowy przez sen. W okolicach pierwszej dostałem smsa od Mateusza:

“Sorry stary, że tak późno, ale dopiero się ogarniam. Jutro od trzynastej jestem w Hrubku. Jak masz czas, to wpadnij trochę pomóc przy chałupie. Oficjalnie i na papierach już moja. Co se wyszperasz, jest twoje. Pozdro mordo”.

Nie pisałem, że i tak miałem zamiar spędzić cały dzień w Hrubieszowie, ale teraz powstało małe utrudnienie. Jak będę robił zdjęcia na ulicy Mateusza, ten może się nieco zdziwić, kiedy mnie zauważy. Tym bardziej, że nie przyjechałem do niego. Odpisałem: “Oki, będę”.

Nastawiłem budzik na ósmą. Czyli jednak mam się wyspać. Musiałem być tam przed nim, żeby zrobić zdjęcia, a potem niech się dzieje, co chce.

W mieście byłem po dziesiątej, uzbrojony w torbę z aparatem, zapasowe rolki z filmem, robocze rękawiczki, robocze spodnie na szelkach luźno zwisające na moim chudym tyłku oraz pamiętającą lepsze czasy flanelę na grzbiecie. Trzymając pierwszą serię odbitek w ręku, byłem gotowy, jako fotograf i jako robotnik budowlaniec do tłuczenia się po nowym domu Mateusza.

Wybiła dwunasta, kiedy stanąłem na Wodnej przy białym rozwalającym się domu. Złożyłem się do kadru, na którym dziewczyna powinna wchodzić do środka, spoglądając prosto na mnie. W przypływie fantazji zawołałem:

– Agnieszka! – i nacisnąłem spust migawki.

Pstryk! Czas na wejście do środka. Niestety, nie za nią. Współczesne drzwi były zabite na głucho dechami. Obszedłem dom i wślizgnąłem się jak poprzednim razem.

Uważnie się rozglądałem, żeby nie nadepnąć na nic, co zawali konstrukcję ścian lub resztek stropu. Przyłożyłem oko do wizjera i pstryk! Tym razem nieco inny dźwięk. Fakt, film w tym miejscu się skończył. Zaśmiałem się, sięgnąłem do torby po kolejną taśmę i usłyszałem ogłuszający trzask. Policzek zapłonął bólem. Zza aparatu patrzyła na mnie ona. Stała tuż przede mną, wściekła, z ogniem w oczach. Dotarło do mnie, że właśnie zostałem spoliczkowany.

– Narish! Narish! Groyse narish! – w izbie rozniósł się jej dźwięczny głos. Powoli, jak po grudzie, coś nierealnego, wciska mi się w umysł. Jestem w izbie, urządzonej, umeblowanej izbie, a w nie rozpadającej się chałupie z wielką dziurą w dachu. Cofnąłem się, potknąłem o krzesło, upadłem na pomalowaną olejną farbą drwenianą podłogę i byłem w stanie wydusić tylko przerażone:

– Co?!

Agnieszka zmarszczyła brwi i odetchnęła głęboko. Było czuć od niej wściekłość, strach i pot.

– Głupek! Wielki głupek! Dlaczego znowu to zrobiłeś? Musimy to schować i to szybko! – wskazała palcem na aparat, który nadal trzymałem w dłoni.

Pośpiesznie spakowałem go w futerał. Ostrożnie zawinąłem w moją flanelową koszulę i wcisnąłem tuż obok zapasowych rolek filmu do chlebaka. Ktoś zaczął łomotać w drzwi.

– Ist jemand da?

Usłyszeliśmy stłumiony męski głos. Ciarki przeszły mi po plecach. W oczach Agnieszki pojawiły się łzy. Wyrwała mi z dłoni pakunek, podbiegła do kaflowej kuchni i za pomocą kija od miotły wcisnęła go jak najgłębiej między cokół pieca a ścianę. Przerażony poderwałem się na równe nogi, przewracając przy tym niewielki stół. Agnieszka syknęła ze złości. Głosy za drzwiami na chwilę umilkły i zaraz po tym rozległ się huk potężnego kopnięcia. Dziewczyna doskoczyła do ściany, pociągnęła za coś, a w podłodze tuż obok mnie otworzyła się klapa. Wskoczyła do niej i szepnęła:

– Za mną!

Ale za moimi plecami drzwi właśnie wyleciały z zawiasów. Zatrzasnąłem klapę, rzucając się na nią całym ciężarem ciała.

– Może następnym razem – wyszeptałem.

Bo chyba będzie następny raz?

Marcin Kuźma
Artysta plastyk. Rzemieślnik. Rekonstruktor. Urodził się w Hrubieszowie, większą część życia mieszkał w Zamościu, co sprawia, że czuje emocjonalną więź z tymi miastami. Z zawodu jest snycerzem, jednak jego zainteresowania nie ograniczają się do pracy z drewnem, ale obejmują także tkaninę i skórę. Niedawno rozpoczął przygodę z pisarstwem. Interesuje się historią Polski, a jego pasją jest szeroko pojęta rekonstrukcja historyczna.